niedziela, 7 grudnia 2014

Rozdział 12 (długo wyczekiwany) +18

Gorące słońce Portugalii chyliło się ku zachodowi. Ciekawskie promienie wdarły się do pokoju i łaskotały Rose po nosie. Leniwie uniosła powiekę i rozejrzała się po pomieszczeniu. Jej pokój w pensjonacie w Porto był duży i przestronny. Przez okna wiecznie zasłonięte drewnianymi żaluzjami wpadało przyciemnione światło. Kremowe ściany ozdobione były wieloma pamiątkami, takimi jak zdjęcia czy stare kinowe bilety. Drewnianą podłogę przykrywało kilka nachodzących na siebie wzorzystych dywaników, co dodawało wnętrzu smaku. W centrum stało podwójne łóżko z delikatnym kremowym baldachimem. Prócz tego w pokoju była duża szafa z przesuwanymi drzwiami, toaletka i duże, drewniane biurko.
Portugalka przetarła oczy pięściami i usiadła na łóżku. Odkąd wczoraj przyleciała do domu nie myślała o Londynie. Teraz wszystko ją przytłoczyło. Harry w szpitalu, głód narkotykowy, widoczna chemia między Anie i Willem i James, który się o nią troszczył, opiekował. I ostatni incydent w szpitalu. Pomyśleć, że to wszystko zdarzyło się w przeciągu dziecięciu miesięcy...
Przejechała palcem po głębokiej, paskudnej ranie na dłoni.
- Rosie - usłyszała miękki głos swojego brata. - Chodź na kolację!


*



Ann Marie siedziała przy łóżku Harry'ego tępo wpatrując się w ekran telefonu. Po raz kolejny, już chyba piętnasty, czytała tę samą wiadomość. Jak to wyjechała? Bez słowa? Bez pożegnania? Styles jeszcze nie odzyskał przytomności, a ona właśnie straciła przyjaciółkę.
Wyglądał tak spokojnie kiedy spał. Delikatnie opaloną twarz okalały bujne loki, kurtyna rzęs opadała na policzki. Oddech współgrał z nieustannym pikaniem holtera i mieszał się z niespokojnym oddechem Jones. Anie zablokowała iPhone'a i odłożyła go na drewnianą półkę. Chwyciła, bezwiednie opadającą na kołdrę dłoń Hazzy. Pogładziła ją kciukiem i przysunęła do ust.
- Ile już tu siedzisz? - w drzwiach stała Gemma. Była zatroskana i bardzo martwiła się o stan zdrowia swojego brata.
- Od piątej rano - Marie słabo się uśmiechnęła. Oczy miała napuchnięte od płaczu i podkrążone ze zmęczenia. Między brwiami widniała poprzeczna zmarszczka. Straciła już przyjaciółkę, nie mogła stracić też przyjaciela. Will bardzo ją wspierał, w końcu też lubił Rose.
- Odpocznij. Nie spałaś w nocy.
- Tak samo jak ty.
Dziewczyny całą noc rozmawiały przez telefon. Nie miały siły się odwiedzić, a potrzebowały świadomości, że są blisko. A były blisko jak nigdy. 
- I tak nie odpocznę. Will poszedł mi po kawę - przejechała dłonią Stylesa po swoim policzku.

*
James od dawna chodził niespokojnie. Przecież nie chciał tego zrobić. A jeśli on się nie obudzi? W dodatku stracił z oczu Rose. Jak ma teraz pilnować, że się nie tnie? Ostatnio pokazała co potrafi i że żyletka nie jest jej tak potrzebna żeby to zrobić. I jeszcze obraziła się na niego i polazła nie wiadomo gdzie. Może był trochę zbyt impulsywny w stosunku do niej? Nieeee....
Rzucił się na swoje wielkie łóżko, w swoim wielki, pustym domu. Ściany pokoju miał pomalowane na intensywnie brązowy kolor. Królewskie meble w stylu Ludwika XVI zrobiono z hebanu. Skóra niedźwiedzia brunatnego pokrywała podłogę. Co z tego, że jest chroniony? James chce, James ma. Za kasę można wszystko. Ogromny marmurowy balkon wychodził na królewski ogród w ich dworze. Cała ściana wychodząca na ogród była przeszklona. Obok pokoju była ogromna, marmurowa łazienka z jacuzzi. Miał też szafę pełną zegarków firmy Rolex i spinek do mankietów. Ubrania najdroższych marek powieszone alfabetycznie według nazwisk projektantów widać było za kryształową szybą. 
Ułożył ręce za głową i zaczął wsłuchiwać się w błogą ciszę panującą w pomieszczeniu. Zdjął telefon z etażerki i zaczął obracać w palcach. Szklana tafla ekranu ślizgała się pod palcem wskazującym, a a skórzany tył blokował ruchy kciuka. Komórka zaczęła dość intensywnie wibrować. SMS od dziwki.

Nie wiem czy cię to obejdzie.
Rose jest w Porto.
Wyjechała bez słowa.
                                              Ann

- Kurwa - wysyczał przez zęby i rzucił iPhonem o najbliższą ścianę oddaloną o pięć i pół metra od brzegu łóżka. Nawet kawałek szkła pokruszył się na podłodze. 
Złapał się za włosy i mocno pociągnął za ich końce.
- Emmanuel! - ryknął. Słyszeli go chyba w całym zachodnim skrzydle. Po kilku minutach w drzwiach pojawił się smukły siwiejący mężczyzna, o śniadej cerze i blaknących, piwnych oczach i gęstym zaroście. Emmanuel Santiago był tu pracownikiem z największym stażem. 
- Tak, paniczu? - elegancko ubrany mężczyzna skinął głową i spojrzał wyczekująco na Adamsa.
- Kup mi bilet do Porto.
- Tak paniczu - skinął głową i zniknął za drzwiami. Szatynowi nie zadawało się pytań, nie sprzeciwiało mu się. Rozkazy Jamesa wykonywało się bez słowa, tylko z krótkim 'tak paniczu'. Jego służba bała się gniewu szefa. Zdarzyło się, że wściekły pobił mężczyznę lub wywlókł z domu kobietę i rzucił ją na kolana w błoto. Dlatego kucharki gotowały tylko zdrowo i to, co lubił panicz.
Pewnie zastanawiacie się dlaczego Jamesowi mają kupić bilet. Otóż państwo Adams zabrali ich prywatny odrzutowiec i polecieli do Afryki na weekend. Bo kto bogatemu zabroni? Prosta odpowiedź - bogatszy. Tylko, że w całej Anglii nie ma bogatszych osób od Adamsów.
James wstał i podszedł do garderoby. Wyciągnął błękitną koszulę Ralpha Laurenta, garnitur Armani, jedne ze swoich ulubionych spinek do mankietów i pasujący do reszty zegarek. Przeczesał palcami włosy i tak ubrany zszedł do kuchni w skrzydle wschodnim. Tam toczyło się życie. Służba miała tu swoje pokoje, znajdował się tam salonik, duży salon, dwupiętrowa biblioteka i pokój muzyczny, a w nim fortepian, pianino, skrzypce (ogólnie instrumenty dla całego kwartetu smyczkowego) i kilka fletów. Jak już wcześniej pisałam, biblioteka zajmowała dwa piętra. Jej księgozbiór był porównywalny do księgozbioru biblioteki narodowej, oczywiście pomijając historyczne materiały rodzinne. Były tu też pamiątki rodzinne takie jak sygnety, albumy, rzeźbione kości słoniowe, stare papiery firmowe. No i oczywiście serce domu, czyli kuchnia. Tam zawsze ktoś był, ale nie zawsze były to te same osoby. Niektóre się wycofywały, inne zostały zwolnione; zazwyczaj przez Jamesa, który miał muchy w nosie lub jego ojca, po którym synuś miał charakterek. Pani Adams zwykle zatrudniała pracowników i były to bardzo kompetentne osoby.
Zszedł do kuchni i poprosił Claude o kawałek ciasta. Claude była jego ulubioną służącą. Nie dość, ze ładną, kształtną, to jeszcze dość kumatą. Wiedziała kiedy czegoś potrzebował i kiedy ma przestać. Poza tym nie była taką płochą trusią.


Podała mu tort z galaretką i owocami i usiadła na przeciwko panicza.
- A panicz wybiera się na jakiś bal charytatywny?
- Nie ważne - przysunął się do niej. Wlepił spojrzenie w jej krągły biust wylewający się z dekoltu jej skąpego uniformu - czarnej mini, czarnej, wydekoltowanej koszulki z długimi rękawami i czarnej kamizelki z wąskimi klapami, na jeden guzik. Ciemne loki ściągnęła na czubku głowy w niechlujny kok. Jej jasna cera silnie kontrastowała z prawie czarnymi oczyma i malinowymi ustami.
- Mnie panicz nie powie? - ciągnęła go za język. Skończył kawałek, odsunął talerzyk i położył rękę na jej piersi, mocno ściskając. Masował ją przez tkaninę koszulki.
- Może - jeszcze mocniej zacisnął palce. Claude syknęła, a paniczowi wzrosło ciśnienie w spodniach. - Nie idę. Lecę do Porto, do koleżanki ze szkoły.
Brunetka poczuła się urażona i gwałtownie od niego odsunęła. Zmarszczył brwi i spojrzał na nią rozeźlony.
- Mam obowiązki, paniczu - rzekła chłodno. - Muszę iść.
Zgarnęła jego talerzyk, odwróciła się na pięcie i odeszła do kuchenki kręcąc pupą, w którą wlepiał palące spojrzenie.
- Claude, muszę do niej jechać. A nasz mały romans miał być bez zobowiązań.
Dziewczyna prychnęła i wymaszerowała z kuchni. Już miał otwierać usta żeby ją zatrzymać, kiedy przypomniał sobie, że Rosie jest sama jak palec, W Portugalii. No może nie taka sama, bo ma tam rodzinę, ale on jej nie może kontrolować i tu jest problem. Odwrócił się w stronę, z której przyszedł i zaczął krzyczeć, wyżywając się na wszystkich dookoła. Mała sucz. Przełożył kartę ze starego telefonu do nowego, zastępczego, który miał być prezentem dla Claude w ramach trzynastki*. Trzy nieodebrane, pięć wiadomości. Od kogo? Oczywiście od mamusi. Pewnie wracają. I po cholerę go o tym informuje? I tak go nie będzie kiedy wrócą do domu. Nigdy go nie ma, więc nie powinni odczuć jakiejś większej różnicy. Wszedł do pokoju, trzasnął drzwiami, uderzył pięścią w kruchą taflę lustra i roztrzaskał ją tak, że mniejsze kawałki wbiły mu się w rękę, a większe rozsypały po podłodze.
- Claude! - ryknął. A kiedy dziewczyna się zjawiła kazał jej opatrzyć swoją rękę, posprzątać i zamówić nowe lustro.
W pokoju cichym echem rozległo się pukanie.
- Wejść.
W pomieszczeniu zjawił się Emmanuel. Wyprostowany, w czarnym garniturze.
- Paniczu. Wszystkie loty zabukowane. Najbliższy wolny w przyszłym tygodniu.
- Nie ma wcześniej? - warknął rozeźlony.
- Nie paniczu. Dzwoniłem nawet na lotnisko.
- Dobra, polecę jutro odrzutowcem. Wyjdź. - i tyle lokaja widzieli.


*

Co za dupek?! Podnieca się moimi cyckami, a wkurwia, bo jakaś 'koleżanka ze szkoły' spieprzyła mu do Portugalii. Pewnie jest ruda, piegowata i ma wytrzeszcz. W dodatku płaska z przodu i z tyłu. (Z przodu deska z tyłu deska i już mamy dom dla pieska. Ale to nie może być o naszej Rosie. Ona jest Przepiękna.) Ale za to jaki on jest piękny... I jeszcze dobry w łóżku. Te i inne myśli krążyły w głowie brunetki.
- Claude! - rozeszło się echem po domu. Oho. Znowu coś od niej chce. Odwróciła się na pięcie i poszła szerokim, ciemnym korytarzem. Mijała stare obrazy porozwieszane na burgundowych ścianach i stukała wysokimi szpilkami (noszonymi na specjalne życzenie panicza żeby wyeksponować jej nogi) o hebanowe deski. Otworzyła dwuskrzydłowe drzwi i weszła do środka, a potem podeszła do jego łóżka, na którym leżał.
- Wyciągnij mi z komody kubańskie cygara. Są w najniższej szufladzie.
Dźwignął się na łokciach i przyglądał jej zgrabnej pupie opiętej czarną mini.
- Sam nie możesz?
- A i jeszcze mnie rozbierz. Spinki i zegarek - wyszczerzył zęby w jednym ze swoich typowych, wrednych uśmiechów.
Wykonała jego polecenia i siadła na nim okrakiem. Zdjęła z niego marynarkę i zaczęła rozpinać guziki koszuli, jeden po drugim. Zacisnął palce na jej pośladkach tak, że pisnęła; trochę z bólu, trochę z zaskoczenia. James uśmiechnął się z satysfakcją, w jego oczach pojawił się groźny błysk, a potem pocałował ją tak zachłannie, że straciła oddech. Następnie szarpnął nią i przewrócił tak, by to on był na górze. Claude jęknęła w jego usta. Rozerwał jej bluzkę i zaczął całować jej pełne piersi. Wplotła palce w jego włosy, a jej kręgosłup wygiął się w łuk jeszcze bardziej eksponując biust. Mężczyzna oblizał wargi. Zsunął się niżej całując jej brzuch. Składał mokre pocałunki, żądne jej ciała na podbrzuszu i dookoła pępka. Co jakiś czas zasysał skórę pokojówki zostawiając po sobie czerwone malinki, co jeszcze bardziej na nią działało. Jęczała coraz głośniej, a kiedy ścisnął jej piersi pierwszy raz krzyknęła. Zdarł z niej spódniczkę i koronkową bieliznę odsłaniając jej kobiecość. Ona sięgnęła do jego paska i z wprawą pozbyła się spodni razem z bokserkami Calvina Kleina. Jej oczom ukazało się jego wielkie przyrodzenie. Wszedł w nią gwałtownie, bez żadnej trudności (Przecież była jego zabawką nie od dzisiaj, a Marie nie musiał mówić całej prawdy w Paryżu.) i zaczął rżnąć jak zwykłą dziwkę, którą dla niego była. Wzywała głośno jego imię pomiędzy coraz głośniejszymi jękami. Przeżyła już dwa orgazmy i właśnie była bliska kolejnego, kiedy wyszedł z niej gwałtownym ruchem i za włosy przyciągnął do siebie. Z zawiedzioną miną, ale bez sprzeciwu wzięła jego kutasa do buzi. Ssała, lizała, całowała i drażniła dopóki nie skończył w jej ustach. Połknęła całe nasienie dławiąc się nim i członkiem. Zmęczona, z potarganymi włosami i rozmytym makijażem opadła na łóżko.
- Ubieraj się. Mam sprawę do załatwienia, a ty posprzątasz ten burdel.
Dużo się nie pomylił co do stanu pomieszczenia.
- Jakby panicz nie zauważył, podarł mi panicz ubrania - wiedziała jak należy się zachować i że w przeciwnym razie zostałaby ukarana seksem analnym.
Rzucił jej koszulę, a sam wybrał sobie coś z garderoby. Zabrał telefon i wyszedł, zostawiając ją samą z tym wszystkim. Na odchodne wymierzył jej jeszcze soczystego klapsa w lewy pośladek. Cóż... taka praca. Spodziewała się, że będzie sprzątać po seksie, ale nie spodziewała się, że będzie to jej seks z sześć lat młodszym paniczem.

Brązowooki szedł korytarzem do pokoju muzycznego. Gdzieś po środku drogi z sypialni stała ręcznie rzeźbiona, przeszklona szafka z poustawianymi pięcioma jajami Fabergé. James kiedyś zażyczył je sobie na święta. James chce - James ma - wszyscy w domu o tym wiedzieli. 
Telefon zawibrował mu w kieszeni.

Będziemy z tatą wcześniej. RPA nam się
już znudziło. Odrzutowiec będzie wolny już dzisiaj.
                                                     Całuję - mama.

Zaczepił pierwszą, lepszą służącą i kazał jej spakować swoje walizki. Po dwóch godzinach wylatywał już do Portugalii, a Claude przeklinała 'koleżankę panicza' jak tylko się dało i jednocześnie cieszyła się z kolejnej, cudownej przygody łóżkowej z tym Jamesem Adamsem.

~*~
Wiem, ze tęskniliście, ale ostatnio rozdziały pojawiają się tu tylko i wyłącznie dzięki Kasi, która mi ogromnie pomaga. Scenka łóżkowa jest moją pierwszą +18, więc gdyby było coś nie tak to przepraszam. 
* trzynastka w sensie trzynastej pensji wypłacanej w wakacje

I jeszcze tak ode mnie, spóźnione:

Wesołych Mikołajek i wielu prezentów!